Pruszyński („Gdańskie dziś widmo”, 1946): W tym stadzie owiec nie było nikogo, kto by stado uświadomił, że biegnie ono ku przepaści. Przeciwnie. Właśnie co najmądrzejsi dorabiali libretto rozumowej argumentacji do muzyki uczuć.

Ponadczasowy tekst Ksawerego Pruszyńskiego (1907-1950). Wiele analiz z niego, dotyczących dziennikarstwa i powinności dziennikarzy, rozwijał później Ryszard Kapuściński. Wielki tekst przeciwko wojnie autorstwa wielkiego reportera.

(Pogrubienia w tekście strony terzanitiziano.info)

Gdańskie dziś widmo

Autor: Ksawery Pruszyński

Latem 1939 roku wielkie ówczesne pismo polskie wysłało mnie do pewnego miasta, którego nazwę wymieniały od kilku tygodni komunikaty prasowe całego świata i łączyły ją ze słowem „wojna”.

Nazwa tego miasta nabrała wtedy złowieszczej i aktualnej wymowy, a jego hotele były pełne cudzoziemskich dziennikarzy i dziennikarze ci biegali to do jednej, to do drugiej, to do trzeciej z różnorakich międzynarodowych władz tego miasta, przeprowadzali wywiady z tymi, innymi i trzecimi, żyli nie dniem, ale godziną, minutą, i każdego dnia zamykali się na całe godziny w ciasnych budkach telefonicznych, skąd najbliższe otoczenie widzi się tylko przez szybę, ale skąd mówi się za to, drogą kabla, do bardzo wielkich, dalekich i ważnych światowych centrów. Wychodzili z nich wyładowani z wiadomości i pili potem w hotelach w oczekiwaniu na nowy, jutrzejszy ładunek.

Pomyślałem wtedy, że międzynarodowe dziennikarstwo, wielka reporterka, to jednak fatalny zawód, który zwęża, znieczula, zacieśnia. Ludzie, co go uprawiają, znają wreszcie z całego świata pewną ilość międzynarodowych hoteli, ministerialnych przedpokoi, wiedzą, że w numerach telefonicznych New York City wymieniają dwie litery a cztery cyfry, gdy znowuż numery telefoniczne Londynu hołdują metodzie trzech pierwszych liter i czterech cyfr. Poza tym wiedzą to także, że narodowym napojem Węgrów jest barrack palinka, że jeden z gatunków amerykańskiej whisky nazywa się Burbon, a mahometański duchowny – mufti. Natomiast stają się absolutnie znieczuleni na to, co przeżywają ludzie używający tych telefonów, znający te napoje i mieszkający w pobliżu tych hoteli. Dla takich dziennikarzy międzynarodowych dzieje sudeckiego kryzysu w 1938 to tylko jeden etap dziennikarskiej kariery; zagadnienie Triestu – to dziennikarska story, wojna Boliwii z Paragwajem – drugorzędna sensacja, zbombardowanie Guerniki – problem dwustuwierszowej depeszy, zajście kieleckie – sposób rozsławienia się swą korespondencją, gdzie należy.

Kiedy taka sprawa przebrzmiewa (albo jeszcze przedtem), pakują swe manatki (łatwe do spakowania) i przenoszą się na inne, sensacją wyniesione miejsce. Prócz nazwy hotelu, narodowego napoju podawanego w barze, szczegółu telefonicznego i mętnego wspomnienia przygodnej, napotkanej dziewczyny, nie zapamiętają potem nic. Są i będą wszystkiemu temu obcy. Byli, to prawda, w Addis-Abebie, w Madrycie, w Belgradzie, w Rotterdamie, może nawet aż w Warszawie, i zawsze wtedy, kiedy się tam działy tragedie. Byli. Ale na sprawy, jakie się działy, pozostawali nieczuli, obcy. To nie były ich sprawy, to nie są ich sprawy. Badali je tylko lub badają, czy badać będą – pod tym kątem widzenia, o ile są one refleksem wielkiej, dalekiej, międzynarodowej polityki, o której decyduje kto inny i gdzie indziej. O tyle tylko interesowały ich krwawe okopy pod Guadalajarą, o tyle obchodzi ich stopień spolszczenia Wrocławia czy wywozu polskiego węgla. Tylko o tyle. Wyłącznie o tyle.

Nabierałem do mych kolegów, przeważnie Anglosasów, uczucia niechęci. Nabierałem pewnego współczucia. Widzieli oni tysiąc razy więcej rzeczy i spraw niż ja, ale właśnie dlatego przestawali je odczuwać. – Wzrusza nas jedna mogiła, ale nie cały widziany cmentarz.

I gdy oni, chodząc w 1939 roku po Gdańsku od Komisariatu Generalnego do Senatu i od Senatu do Wysokiego Komisarza czy innej takiej władzy, zbierali najświeższe odpadki polityki, ja chodziłem przez cztery długie dni po tym najpiękniejszym (po Pradze), starym europejskim mieście, jakie znałem. Wchodziłem w gotycki cień wysokiej Marienkirche, przechadzałem się wzdłuż renesansowych portyków na Frauengasse, przystawałem, aby popatrzeć, jak zachodzące słońce lipca wyzłaca stare złocenia na fontannie przy Artushofie. Spijałem samotnie wódkę gdańską u Izaaka – nie, nie samotnie – towarzyszył mi bowiem pan sędzia Soplica. Rozmawiałem z szynkarzami, właścicielem mojej, wcale nie nowoczesnej, jakże gdańskiej oberży, z ludźmi na ulicach, w starym porcie, na Zeugnissplatz, An dem Tor, na Rybnym Targu. Patrzyłem w twarze rozjaśnionych bydlęcym szczęściem jasnowłosych, długonogich, rozmaszerowanych młokosów w brunatnych koszulach czy czarnych mundurach. Widziałem piękne, szczęśliwe, możne i spokojne miasto – które z całych sił, do ostatniego człowieka, chciało właśnie tylko jednej rzeczy: wojny. Ach, jakże bardzo chcieli tej wojny mieszkańcy miasta Gdańska latem owego 1939 roku!

Ponieważ ufność nie jest dzisiaj najbardziej dominującą cechą w Polsce, przeto pozwolę sobie odesłać ciekawych powątpiewających o ścisłości tego, od czego tu zaczynam, do specjalnego gdańskiego numeru „Wiadomości Literackich”. Wyszedł bodaj w lipcu czy sierpniu 1939 roku z Odą na Gdańsk Iwaszkiewicza i moim artykułem wstępnym na pierwszej kolumnie. Znajdą tam to wszystko.

Wtedy, w lipcu czy sierpniu 1939, nie interesowały mnie tak pasjonujące reporterów zagadnienia, jaki passus znalazł się w ostatniej mowie prezydenta Greisera, skąd padły pierwsze strzały przy nocnym ostrzale placówek granicznych we Wrzeszczu (Langfuhr) i ile istotnie żołnierzy niemieckich jest w tej chwili w obrębie Wolnego Miasta. To były okoliczności dodatkowe, przypadkowe, same przez się nieważne.

Ważne było co innego. Oto na ów kąt ziemi, wciśnięty w ujście Wisły i bałtycką zatokę, idzie Zniszczenie, a ludność tego kąta ziemi, mając wszystkie racje, aby przed tym zniszczeniem drżeć jak nikt na świecie, właśnie marzy o tej chwili, właśnie jej pożąda.

Czy nie było patriotyzmu gdańskiego? Oczywiście, był. Był niemiecki, ale był gdański. Czy ludzie Gdańska nie rozumieli piękna własnego miasta, czy nie kochali tej historii wpisanej w cienisty kolor cegły, w wapień rzeźb i attyk, we wnętrza starych domów, gdzie rozsychały się dębowe rzezane suto szafy i pobrzękiwały na półkach stare cyny, Lutra pamiętające? Kochali, wielbili. Czyż nie podejrzewali ani na moment, że burza, jaka się rozpęta, przejdzie zniszczeniem po tym wszystkim, co tu kochają? Otóż w tym właśnie rzecz cała, że tego jednego nie przewidywali.

Doprawdy, nie bardzo wiadomo, na jakiej podstawie wyobrazili sobie, że wojna pójdzie jakoś „bokiem”, inną drogą; zapewne, bo oni, zacni mieszkańcy tego kraju, tak sobie właśnie życzą.

Okazało się, że niebezpieczeństwo znanej polskiej choroby o angielskiej nazwie wishful thinking zaszczepiło się i spokojnym gdańskim Niemcom. Dość właśnie, że marzyli o wojnie, a jednocześnie wyrażali przekonanie, że będzie ona wszędzie, tylko akurat nie w Gdańsku. Ówcześni publicyści gdańscy byli to ludzie na maluczką skalę, tacy właśnie, którzy nie piszą o innych rzeczach, tylko o tych, które czytelnik łyka z radością.

Rzecz prosta, dla człowieka z zewnątrz, na domiar plewiącego w sobie pilnie wszelkie objawy wishful thinkizmu, było jasne coś wręcz, ale to wręcz przeciwnego. Jeśli wojna rozpęta się o Gdańsk, i tu właśnie, to ten kąt jest szczególnie narażony na zniszczenie. Raz, że zacznie się tu właśnie, dwa, że zacznie się o to właśnie, trzy, że w zderzeniu polsko-niemieckim Pomorze jest zapewne nawet ważniejsze niż Śląsk, a co najmniej tak samo ważne. Cztery, że gdy wojna toczy się z Anglią, to ofiarą anglosaskiego impetu zawsze jakoś padają porty. To, że Gdańsk wyjdzie z tej wojny w sproszkowanej postaci, było nader łatwe do przewidzenia, choć może nie tak łatwe, jak to, że nowa wojna byłaby dziś dla Polski tym, czym dla Warszawy powstanie 1944 roku.

Nie było trudne do przewidzenia. Przeciwnie, dla byle trzeźwo rozumującego mózgu było to równie jasne, jak to, że brama do podboju Anglii wiedzie przez La Manche, że wrota do Francji prowadzą przez łęgi nad Marną, a droga do Moskwy wiedzie nie przez Chiny, Gaurizankar czy biegun, ale właśnie przez Polskę. Ta oczywistość wydawała się jednak gdańszczanom niewygodnym mirażem.

Odsuwali go myślami. Mówili, że wojna ich ominie, właśnie ich. Na mapach wytyczali sobie, zgoła dowolnie, szlaki, którymi es muss pójść. Tak łatwo uwierzyli w wysoką technikę wojenną tych, od których oczekiwali Befreiung (to jest Niemców), że coraz łatwiej wdrażali przeświadczenie w mózgi, że wojna otrze się o Gdańsk echem dalekich strzałów, łopotem sztandarów na defiladzie, zwycięskim wmaszerowaniem feldgrauów.

Lieb Danzig magst ruhig sein – wyznawał mi z całą powagą uczony, bardzo uczony profesor. Zasypiał on co dzień owego lata w przekonaniu, że na domy, kościoły, uliczki stare i podcienia swego rodzinnego miasta patrzeć będą on, jego wnuk i prawnuki po wsze czasy historii. Kochał miasto swoje, jak rodowici mieszkańcy Krakowa kochają swoje. Ale czekał na wojnę, marzył o wojnie, pragnął wojny. Ani przez chwilę nie mogła wszczepić się w jego uczony rozumny mózg ta bardzo prosta myśl, że owa wojna będzie oznaczała koniec, konkretny koniec tego wszystkiego, co tu kocha. Że poprzez rozwaliny Mariackiego kościoła (Marienkirche) będzie po tej wojnie przezierać swobodnie blade bałtyckie niebo, że patrycjackie domy rozkruszą się na gruz, ślad nie pozostanie nawet po nich, że nie będzie ani katedry, ani rynku, ani żurawia w starym porcie (tego ze znaczków pocztowych). Niczego. Nie będzie Gdańska. Że nie będzie także i jego prawnuków – albowiem jego wnuk zaginie gdzieś pewnej bardzo śniegowej zimy na płaskowyżach Stalingradu.

Przewidywanie, że wojna, która się przewali, przewali się przez Gdańsk i Gdańsk in primis zniszczy, nie wydaje się dzisiaj zbyt ekwilibrystyczne. Przeciwnie. Zasadzało się na prostym, logicznym rozumowaniu, tak prostym, że aż dziecinnie łatwym. Było dostępne – zdawało się – każdemu gdańskiemu dziecku, przekupce na Fischmarkt, dziadkowi przy portalu Świętej Katarzyny. Otóż upewniam – a niewiernych znowu odsyłam do numeru gdańskiego „Wiadomości Literackich” – że w przełomowym, w skutki brzemiennym lecie 1939 to proste, normalne rozumowanie nie było dostępne dla nikogo w owym, jak Kraków pięknym, mieście.

Są okresy, kiedy całe narody, całe ludzkie kolektywy rozumują nie w sposób najprostszy, ale właśnie najbardziej pokrętny. Są okresy jakiejś masowej manii samobójczej, widocznie zsyłanej na ludzkość przez Boga za winy niepojęte.

Tak właśnie było w Gdańsku owego lata 1939. W wypadku mego profesora i jemu podobnych było jeszcze gorzej. Otóż kto jak kto, ale publicyści, ludzie piszący, ludzie nauki i kultury winni byli – zdawałoby się – przestrzegać pierwsi i pierwsi tłumaczyć, rozumieć niebezpieczeństwo owego kolektywnego ociemnienia. Przeciwstawić mu się. Przestrzec. Tymczasem podzielali je w pełni. W tym stadzie owiec nie było nikogo, kto by stado uświadomił, że biegnie ono ku przepaści. Przeciwnie. Właśnie co najmądrzejsi dorabiali libretto rozumowej argumentacji do muzyki uczuć. Właśnie mój profesor i jemu podobni gotowi byli wywodzić – uczenie, z argumentami, fachowo – że nowa wojna będzie bezbolesnym i wcale bezpiecznym zabiegiem chirurgicznym, przy którym, dzięki najnowszym zdobyczom techniki i wynalazczości, alles wird sich glatt passieren.

Gotowi byli uzasadnić, wciąż w sposób nader uczony, że chociaż szlaki wojenne, zdawało się, idą poprzez Gdańsk, to jednak „właśnie dlatego” ów Gdańsk one ominą. Why? Tego nikt nie powiadał, ale nie bardzo się i pytano o why? Ci pojmena laon, przywódcy opinii, potrafili udowodnić wszystko. I szału emocjonalnego, jaki objął masy, nie tylko nie starali się rozładować, ale przeciwnie, podstemplowywali go jeszcze swą wątpliwą, ad usum delphini skrojoną argumentacją. O, wiem, że za to mieli przyjemne wczasy. „Guten Tag, Herr Profesor, ich habe schon iren hervorragenden Artikel gelesen”. „Ich gratuliere Ihnen, Herr Doktor. Alles, was się sagen, ist vortrefflich!” Chodzili w sławie.

W Polsce w owym czasie grasował z odczytami jakiś mistyk-lotnik, który ponoć miewał widzenia i objeżdżał Polskę z odczytami o sile Polski i słabości Niemiec. Pamiętam, że jeden z jego argumentów był następujący: statystyka dowodzi, że na weselach wiejskich w Polsce dochodzi w 78% do wyczynów nożowniczych, gdy w Niemczech statystyka ta mówi o 0,2%. Jakiż tedy naród jest bardziej bojowo nastrojony? Ta statystyka – nie wiem skąd zresztą wysnuta – dowodziłaby, niestety, tylko naszej cywilizacyjnej niskości. Ów lotnik był wprawdzie bardzo czynny w zakładaniu w wojsku jakiejś dziwacznej mafii „Krzyża i Miecza”, ale nie spotkaliśmy się potem w żadnym z tylu polskich dywizjonów z jego nazwiskiem. Ale wtedy, na przełomie 1939 roku, był on niezawodnie popularny. Dzięki takim prelegentom od lat wzrastało w Polsce przekonanie, że nikt nam nic nie zrobi. Tacy, rzecz jasna, byli cenieni.

Z okna, z którego mam widok na wieże Krakowa, w ranek mroźny i słoneczny, kiedy kominy dymią błękitną pozornością spokoju, kiedy poprzez ich mgłę, jak nierealne zjawisko majaczy i chropawy barok wieżyc wawelskich, i ostra korona Panny Marii, zwiduje mi się teraz Gdańsk, którego nie ma i którego żadna siła już dzisiaj nie wskrzesi.

Jego kamienie rozpadły się na proch, dosłowny proch, jego ludność zginęła pod nimi lub została rozwłóczona po świecie. Nie wiem, co stało się z ludźmi, których wtedy widziałem i którzy, jak dżdżu ożywczego, oczekiwali wojny. Bóg ich ukarał, to pewna, najsroższą karą, jaką dał ludziom, to jest spełnieniem ich pragnień. Myślę tylko o tych kilku, kilkunastu ludziach w Gdańsku, rozsądnych, spokojnych, zrównoważonych – ludziach mózgu i intelektu, ludziach, od których można było wymagać, by wznieśli się wyżej i sądzili sprawy nie z horyzontu dnia, ale z jakiejś wyżyny bardziej historycznej i wyniosłej.

Ludzie ci, moim zdaniem, nie spełnili swojej roli. Swe rozumowanie naginali do nastrojów, zamiast nastroje próbować nagiąć do rozumowania. Swą argumentacją sztukowali dziury, zamiast zagradzać nią drogę do przepaści. Dopuścili się dwóch najcięższych grzechów, jakie publicysta, sufler narodu, popełnić może. Starali się par force o popularność, popularność kosztem wszystkiego, aż do losów narodowych włącznie. Zatracili wszelką odpowiedzialność, czy raczej wszelkie poczucie odpowiedzialności. Uważali może, że odpowiedzialność spada na każdego. Spada – w pewnym stopniu – na wyrobnika i bosą dziewkę. Spada – olbrzymim ciężarem – na publicystów.

Publicysta musi być zawsze pełen poczucia odpowiedzialności. Musi się liczyć z tym, jaki skutek wywoła to, co pisze, czy zachęci do zlekceważenia grozy sytuacji, czy przeciwnie, podkreśli, jak to teraz czynię, jej pełną wagę. I wreszcie publicysta musi pamiętać, że jego rola nie polega na wesołkowatym wbijaniu komuś szpilek, na kawałach, kalamburach, a już najmniej na stałym ubieganiu się o popularność. Dobry aktor nie może być wygwizdany nigdy, ale zły publicysta to właśnie taki, którego nigdy nie wygwizdano, który nigdy nie naraził się opinii, nie stanął wobec niej sztorcem, okoniem. Takich ludzi właśnie Gdańskowi w 1939 zabrakło. Tragicznie zabrakło.

Ktoś może zapytać, czy gdyby mu ich nie było zabrakło, czy zmieniłoby to w czymkolwiek bieg wydarzeń? Czy przynajmniej zmieniłoby go na odcinku gdańskim? Wątpliwa jest zawsze odpowiedź na pytanie „co by, gdyby”, ale jeśli już ktoś je tak po prostu stawia, to i na to odpowiedź dać trzeba. Odpowiedź jest dwojaka. Po pierwsze, jeśli chodzi o Gdańsk, najprawdopodobniej tak. Gdańsk istotnie był kluczowym punktem strategii światowej, nie grał w tej wojnie roli brzegów normandzkich, zakosu Wołgi, płowych wzgórz za El Alamein czy wtłoczonych w łęgi i łozy nurtów Odry. Gdańsk zniszczyła zaciekłość ludzka, a nie konieczność wojny. Armie, które w 1945 roku doszły do Gdańska, nic nie wiedziały o jego pięknie, historii czy przeszłości. Pamiętały to tylko, i to jedno, że o to właśnie miasto zahaczyło się tragicznie ich życie, spokojne, powolne życie ludzi gdzieś nad Odrą czy Donem, w wąwozach Kaukazu czy lasach za Wiaźmą, że przez to miasto i o to miasto musieli gnić w jamach, zaznać wszy, głodu, mrozu, śmierci, ran, obcości – i rychtując działa na wieże tego miasta, pamiętali o tym. Pamiętali o tym, że najokrutniejsze dywizje prujące rosyjski step miały nazwę dywizji gdańskich – i znowu pamiętali to tylko tutaj.

Czy możemy się im dziwić? Nie. Możemy tylko rozumieć, że Gdańsk swymi nastrojami wytworzył wokoło siebie takie na świecie odium, że ta wojna nie mogła się skończyć bez zniszczenia Gdańska, jak nie mogła się skończyć bez szubienic norymberskich. Gdańsk zbyt skwapliwie i entuzjastycznie wybiegł ku najstraszniejszej w historii wojnie. Jego ludność w tych kościołach modliła się o tę wojnę. W okresach zbiorowego szału bywa i tak, że słowa słusznej modlitwy „od powietrza, głodu, ognia i wojny” ludzie zmieniają w sensie szatańskim. Obawiam się, że modlitwa o kolektywny mord nie jest miła Bogu i może jest w tym Jego ręka, iż kościoły, w których modlono się tak zbrodniczo, stoją dziś wymownie kikutami ścian, gruzem na rozwalonych ołtarzach, strzaskanymi czerepami swych sklepień.

Być może, że gdyby na świecie istniała świadomość, że wojna ta może i była o Gdańsk, ale bez Gdańska, wbrew Gdańskowi, może zaciekłość odwetu nie runęłaby właśnie z taką siłą i nienawiścią na Gdańsk.

Rozważania jednak „co by, gdyby” wolę pozostawić na boku. Nie rekonstruuje się nie napisanych rozdziałów historii. Nie odtwarza się tego, czego nie było nigdy. To trudno. Jest natomiast rzecz inna. Oto należy nam zawsze czynić to, co czynić trzeba – bez względu na to, czy nasza akcja będzie miała pewny skutek, czy też tylko możliwy, i choćby nawet były poważne obawy, że go nie będzie miała, a nawet wtedy, gdy ktoś nam zaręczy, że jest tego pewny. Zadaniem publicysty jest nie tylko nie grać nieustannego sztajerka pod łatwe nastroje publiki. Zadaniem publicysty jest głosić to, do czego doszło jego rozumowanie; zadaniem publicysty jest niezależnie od tego, czy owo rozumowanie jest czy nie jest w smak władzy, Kościołowi, masie, społeczeństwu, narodowi, opinii publicznej, trwać przy swoim w tym przekonaniu, że udziela rady czy przestrogi słusznej, choć komu niemiłej. Zadaniem publicysty jest jeszcze głosić to do końca. Mimo i wbrew innym. Jak mówią Anglosasi again and again and again. Egejn end egejn end egejn. W bunkrze własnego tylko, publicystycznego sumienia musi się wtedy pisarz bronić przeciw zarzutom, że się nie podoba, że zawodzi nadzieje, albo jeszcze mizerniejszym, że się wykańcza, że się skończy. Powinien mieć dla tego wszystkiego horacjuszowską obojętność. Musi powiedzieć wszystko to, co powinien wypełnić, musi powtarzać do końca, nawet gdy jest coraz gorzej, właśnie wtedy, gdy jest coraz gorzej, nawet wtedy gdy go nie słuchają, właśnie wtedy, gdy go nie słuchają. Musi mieć piękny upór księcia Gintułta z Popiołów, stającego w obronie Sandomierza.

Od owego Gdańska w 1939 roku, do którego myślą tutaj w Krakowie teraz powracam, wiele przeszło i wiele się zmieniło. Byłem żołnierzem tej wojny, w której poszło o Gdańsk, której Gdańsk tak pożądał i której nie miał przeżyć. Widziałem, czym jest nowoczesna wojna i czym musi być wojna przyszłości. Sądzę, że się jej da uniknąć i cieszę się, że w Organizacji Narodów Zjednoczonych biorę jakiś skromny udział w pracy, która stara się – z jakim trudem! Jej zapobiec. Czynię to, bo wiem, jakim wojna byłaby nieszczęściem, bo wiem, że szlakiem jej najtwardszego marszu byłyby pola, kościoły, sanktuaria i żywe ciało mojego własnego narodu.

Kto by sądził inaczej, jest niepoczytalny, a kto by mówił inaczej, odgrywałby rolę człowieka, który podaje innemu truciznę i mówi, że jest to pastylka na ból zęba. Wprowadzałby w błąd w najważniejszej dziś sprawie. A to jest właśnie w moim mniemaniu najwyższe zadanie publicysty, aby, miast mamić, ostrzegał, ponętnymi mirażami nie przesłaniał przepaści, uświadamiał konsekwencje i następstwa wtedy właśnie, gdy ma wewnętrzne wyrozumowane przekonanie, że wszystko inne prowadzi do zagłady.

I Gdańsk, z którego nigdy już nie zadymią pogodne dymy starych domów, którego niebo przestały przecinać ciemne głowice wieżyc, powinien być dzisiaj memento dla tych wszystkich na świecie, którzy kochają wiekowy dorobek długich pokoleń przed nami, nawarstwienie pszczelne kultury, wartości ducha, sztuki i mowy, to, co jest ważniejsze od trudności dnia czy epoki. To, czemu służymy wszyscy. To bez czego Gdańsk nie jest już Gdańskiem. To, bez czego nie bylibyśmy narodem.

Ksawery Pruszyński, „Odrodzenie”, nr 45, 1946

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kapuściński, Lettere contro la guerra, News. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.