Nic nie zdarza się przypadkiem

Wydanie polskie

Nic nie zdarza się przypadkiemaltro_pl

Wydawnictwo Świat Książki
Rok wydania: 2009
Tłumaczenie: Anna Osmólska-Mętrak
Tytuł oryginału: Un altro giro di giostra
Stron 718

Opis (ze strony wydawnictwa):

Kronika ostatniej podróży sławnego dziennikarza – wieloletniego korespondenta „Spiegla” w Azji – która stała się wyprawą w głąb sieb ie. Już ciężko chory, Terzani odwiedza i portretuje Amerykę, włóczy się po Indiach, powraca do Chin, odkrywając dla siebie tamtejszą medycynę, duchowość i spokój. Przypadkowe spotkanie ze starym mędrcem w Himalajach wyznacza koniec wędrówki w poszukiwaniu najważni ejszego: harmonii ze światem i samym sobą… Piękna książka o urodzie życia, rozumie i szaleństwie, nauce, magii i odchodzeniu.

Spis treści:

WYJAZD
Droga bez skrótów
NOWY JORK
Czyjeś odbicie w lustrze
Podwójne światło miasta
„Ja” w kawałkach
Pamięć wody
W objęciach Pajęczycy
INDIE
Powrót do źródeł
Światło w rękach
Osobowość ziół
Ten, który tędy przeszedł
Siła modłów
TAJLANDIA
Wyspa zdrowia
Do utraty tchu
STANY ZJEDNOCZONE
Terra incognita
Koncert dla komórek
HONGKONG
W królestwie grzybów
INDIE
Bezimienny
Teatr leczy
Cud specjalnie dla mnie
Lekarz dla zdrowych
FILIPINY
Ocaleni przez magię
HIMALAJE
Pył rtęciowy
Flet pośród mgły
„… A szklanka wody?”
PRZYJAZD
W chmurach

Początek książki:

WYJAZD
Droga bez skrótów

Wiadomo, zdarza się to wielu ludziom, ale nigdy się nie myśli, że może się to przytrafić właśnie nam. Taka też była zawsze moja postawa. Tak więc gdy mnie to dotknęło, byłem jak wszyscy nieprzygotowany. W pierwszej chwili zdawało mi się, iż rzeczywiście dotyczy to kogoś innego.
– Panie Terzani, ma pan raka – powiedział lekarz, ale miałem wrażenie, że nie zwracał się do mnie.
Prawdę mówiąc – spostrzegłem to od razu z niejakim zdumieniem – nie rozpaczałem ani się nie przejąłem, jakby w gruncie rzeczy ta sprawa mnie nie dotyczyła.
Być może ta początkowa obojętność była tylko instynktowną formą obrony, sposobem zachowania powściągliwego dystansu, ale pomogła. Umiejętność spojrzenia na siebie z zewnątrz jest zawsze pożyteczna. I można się tego nauczyć.
Spędziłem w szpitalu jeszcze jedną samotną noc. Rozmyślałem. Wyobrażałem sobie tych wszystkich, którzy przede mną, w tych samych pokojach, dostali podobne wiadomości, i towarzystwo to w jakiś sposób dodało mi otuchy. Byłem w Bolonii. Dotarłem tam po pokonaniu kolejnych etapów, z których każdy sam w sobie wydawał się bez znaczenia. Złożyły się one jednak, jak wiele rzeczy w życiu, w pewną logiczną całość: uporczywa biegunka, która zaczęła się w Kalkucie, różne badania w Instytucie Chorób Tropikalnych w Paryżu, inne badania mające wykryć przyczynę niewytłumaczalnej anemii. Aż wreszcie pewien przezorny włoski lekarz, nie zadowalając się najbardziej oczywistymi wyjaśnieniami, postanowił – za pomocą dziwnego przyrządu, gumowego wężyka ze świecącym oczkiem – zajrzeć do najbardziej ukrytych zakamarków mojego ciała i, w oparciu o wieloletnie doświadczenie, natychmiast rozpoznał to, co stanowiło dla niego chleb powszedni.
Byłem mu wdzięczny za fachowość i szczerość. Dzięki temu mogłem ze spokojem, a teraz także naprawdę rozsądnie, dokonać obrachunków, ustalić priorytety i podjąć konieczne decyzje. Zbliżały się moje pięćdziesiąte dziewiąte urodziny i nadszedł czas, żeby spojrzeć za siebie, jak to się robi na szczycie góry, kiedy z satysfakcją oceniamy trasę naszej wspinaczki. Jakie było moje życie do tej pory? Wspaniałe! Jedna przygoda za drugą, wielka miłość, nic, czego trzeba by żałować, i nic ważnego, co pozostałoby jeszcze do zrobienia. Gdybym jako chłopak postawił sobie za cel to, do czego dąży tak wielu, czyli „posadzić drzewo, spłodzić syna i napisać wiersz”, to mniej więcej go osiągnąłem. I to niemal mimochodem, bez wysiłku, a jeszcze po drodze nieźle się przy tym bawiąc.
W ciszy, zakłócanej tylko szumem kół samochodów przejeżdżających po mokrym asfalcie i odgłosem kroków sióstr sunących po linoleum korytarza, stanął mi przed oczami obraz, który od tamtej pory mi towarzyszy. Wydawało mi się, że cale moje życie przebiegło jakby na karuzeli: od samego początku przypadł mi w udziale biały koń; to na nim się obracałem i bujałem do woli, i nikt nigdy – wtedy po raz pierwszy zdałem sobie z tego sprawę – nawet nie przyszedł zapytać, czy mam bilet. A tak naprawdę go nie miałem. Całe życie jeździłem na gapę! Teraz jednak przechodził kontroler, płaciłem należność i – jeśli wszystko poszłoby dobrze – może udałoby mi się zrobić… jeszcze jeden obrót na karuzeli.
Następny dzień zaczął się jak każdy inny. Nic wokół mnie się nie zmieniło i nic nie odzwierciedlało wielkiej burzy myśli w mojej głowie. W Porretta Terme, gdzie miałem przesiadkę na pociąg do Pracchi, a stamtąd do Orsigni, przypomniałem sobie nawet, żeby odebrać z pralni bieliznę, którą zostawiłem tam kilka dni wcześniej. Kiedy dotarłem do domu, zaproponowałem czekającej tam na mnie Angeli spacer do lasu. Po prawie czterdziestu latach wspólnego życia zarówno rozmowa, jak i milczenie były dla nas proste. Obiecałem jej, że będę się starał z tego wyjść, i był to – jak sądzę – jedyny moment, kiedy się wzruszyłem.
Chodziło o to, żeby jak najszybciej zdecydować, co robić. Pierwszym instynktownym odruchem była reakcja zranionego zwierzęcia: schronić się w jamie. Nagle mi się wydało, że mam mało sił i że powinienem je maksymalnie zebrać w sobie. Postanowiłem nic nikomu nie mówić – poza dziećmi i tymi przyjaciółmi, którzy uznaliby za niezrozumiałe moje nagłe zniknięcie. Chciałem wyostrzyć swój umysł, żeby nikt i nic mnie nie rozpraszało.
Przede wszystkim musiałem postanowić, gdzie, a szczególnie -jak się leczyć. Chemioterapia, radioterapia, chirurgia, ze wszystkimi swoimi szkodliwymi – jak się mówi – konsekwencjami, przestały być jedyną możliwością. Dzisiaj, kiedy wszystko podawane jest w wątpliwość, kiedy patrzy się podejrzliwie na to, co oficjalne, kiedy wszelkie autorytety straciły prestiż, a każdy czuje się uprawniony, bez żadnych zahamowań, oceniać wszystko i wszystkich, wręcz coraz modniejsze staje się krytykowanie medycyny klasycznej i wychwalanie metod „alternatywnych”.
Już same nazwy wydają się bardziej pociągające: ajurweda, energoterapia, akupunktura, joga, homeopatia, chińskie zioła, reiki i – czemu nie – uzdrawiacze, czy to filipińscy, czy inni. Są zawsze jakieś pogłoski, jest jakaś osoba, o której ktoś opowiada, jakaś historia, która wydaje się wprost idealna, by w nią uwierzyć i by dawała nadzieję na pomyślny efekt jednej z tych coraz liczniejszych „kuracji”. Nawet przez chwilę nie brałem ich na poważnie.
A przecież wiele z tych praktyk pochodzi z Azji, gdzie spędziłem trzydzieści lat; niektóre mają swoje korzenie w Indiach, gdzie mam dom! Sam w przeszłości nie miałem żadnych zahamowań, żeby się do nich uciekać: w Chinach oddałem mojego syna Folca, wówczas jedenastoletniego, w ręce uzdrowiciela stosującego akupunkturę, który wyleczył go z astmy, a zaledwie rok przed podjęciem decyzji we własnej sprawie zaprowadziłem mojego francuskiego przyjaciela Leopolda do osobistego lekarza dalajlamy, do Instytutu Medyczno-Astrologicznego (tak, to właśnie takie zestawienie) w Dharamsali, żeby zmierzył jego siedemnaście pulsów i przepisał mu na zapalenie wątroby – bardzo skuteczne, jak się zdaje – czarne pigułki, przypominające owcze bobki. Poza tym sam mówiłem i pisałem, że człowiek Zachodu, wkraczając na autostradę nauki, zbyt łatwo zapomniał o ścieżkach swej dawnej mądrości i teraz, podbijając ze swoim modelem nowoczesności Azję, ryzykuje, że również tam doprowadzi do zniknięcia ogromnej części wiedzy związanej z miejscowymi tradycjami!
Nie zmieniłem poglądów, ale kiedy chodziło o moje przeżycie, nie zawahałem się nawet przez chwilę; musiałem zawierzyć temu, co było mi bliższe: nauce, zachodniemu rozumowi. Nie była to tylko kwestia czasu, a w tych przypadkach nie ma go zbyt wiele do stracenia, biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie tak zwane metody alternatywne, jeśli już działają, to długoterminowo. Chodziło o to, że w gruncie rzeczy im nie ufałem. A mieć zaufanie do leczenia i do osoby, która je zaleca, jest w procesie zdrowienia czynnikiem niezwykle ważnym, wręcz podstawowym.
Szczęście w życiu pomaga, a ja go miałem zazwyczaj wręcz w nadmiarze. Również tym razem fortuna mi sprzyjała, a przynajmniej tak to czułem, co w sumie na jedno wychodzi. Wśród moich kolegów dziennikarzy, weteranów z Azji, był korespondent „New York Timesa”, dwukrotny laureat Nagrody Pulitzera. Łączyła nas przyjaźń zrodzona ze wspólnych doświadczeń: obydwaj zostaliśmy aresztowani i wydaleni z Chin; obydwaj, wbrew wszelkiej logice robienia kariery, po pobycie na dużo „ważniejszych” placówkach jako miejsce pracy wybraliśmy Indie. Teraz pojawiła się jeszcze jedna zbieżność losów: kilka lat wcześniej mój przyjaciel cierpiał na takie samo schorzenie i przeżył. Odwiedziłem go więc w Delhi i poprosiłem o radę.
Ci, którzy wyprowadzili go na prostą – nazywał ich fixers – byli jego zdaniem najlepsi na rynku. Zaufałem mu. Kilka rozmów telefonicznych, jeden faks i po kilku dniach byłem w Nowym Jorku, w Memorial Sloan-Kettering Cancer Center, albo raczej w MSKCC, jak się zaleca wpisywać tę nazwę na czekach, aby swój pobyt w tej instytucji zachować w dyskrecji również wobec własnego banku. W każdym razie ośrodek ten zajmował osiemnaste miejsce na liście instytutów stosujących najnowszą, eksperymentalną metodę leczenia, a zatem był w czubie prawdopodobnie najbardziej zaawansowanych badań w dziedzinie nowoczesnej, zachodniej medycyny.
Po ukazaniu się książki Un indovino mi disse (Powiedział mi jasnowidz) pytano, mnie, o czym będzie następna. Odpowiadałem, że książki są jak dzieci i że trzeba być przynajmniej brzemiennym, aby myśleć o wydaniu ich na świat. Mówiłem też, że jeśli nadarzyłaby się taka okazja, to po wielu latach spędzonych na Dalekim Wschodzie chętnie odbyłbym wielką podróż po najdalszych rubieżach Zachodu, żeby na nowo odkryć Stany Zjednoczone. Pod pretekstem, że wyjechałem do Ameryki, aby spróbować się „zapłodnić”, zdołałem odwrócić od siebie uwagę.
W rubryce ogłoszeń „New York Timesa” znalazłem informację o kawalerce do wynajęcia przy Central Parku, poszedłem ją obejrzeć i natychmiast wziąłem. Tych niewiele metrów kwadratowych szarej wykładziny, ożywionej czym prędzej kilkoma indonezyjskimi tkaninami i małym chińskim Buddą z brązu, postawionym na parapecie dużego, niskiego okna, stało się na kilka miesięcy moją kryjówką.
Poza Angelą i ludźmi z MSKCC nikt nie wiedział, gdzie jestem. Telefon milczał, nikt nie dzwonił do drzwi; jedyną otwartą drogą komunikowania się ze światem pozostała poczta elektroniczna ze swoimi listami w butelce, wyrzucanymi od czasu do czasu na cybernetyczną plażę mojego komputera, która mogła znajdować się wszędzie. Według mnie jest to w tej chwili najbardziej dyskretny, najmniej natrętny, najlepszy sposób kontaktowania się, jeśli używa się go wtedy, kiedy naprawdę ma się coś do powiedzenia, jeśli nie popada się w niechlujstwo językowe wywołane pośpiechem i jeśli się drukuje, żeby móc potem jeszcze raz przeczytać wszystkie dobre rzeczy, które do nas przychodzą.
Sytuacja była doskonała, taka, o jakiej od dawna marzyłem: całe dnie miałem wolne, żadnych zajęć, żadnych obowiązków i niesamowite uczucie swobodnego biegu myśli, bez żadnych przerw, bez nieustannego wrażenia – które kiedyś było wręcz obsesją – że muszę coś zrobić. Po tak długim okresie zgiełku cieszyłem się w końcu wielką ciszą. Przez wiele lat, zajęty wojnami, rewolucjami, powodziami, trzęsieniami ziemi, wielkimi przemianami w Azji, stałem się namiętnym obserwatorem zagrożonych, unicestwionych lub – częściej – zmarnowanych wielu cudzych istnień. Teraz przyglądałem się po prostu temu, które dotyczyło mnie najbardziej: własnemu.
A było co obserwować. Po kolejnych badaniach i zwyczajowej sekwencji zdań: „Jest jakiś cień, który budzi nasze wątpliwości”, „Potrzebne będzie jeszcze jedno badanie”, „Proszę przyjść w przyszłym tygodniu”, „Przykro mi, ale mam dla pana złą nowinę…”, odkryto, że chodzi nie o jedno, ale o trzy schorzenia o różnych cechach, z których każde należało poddać innemu rodzajowi terapii. Tak więc, nie wątpiąc ani przez chwilę w ich skuteczność, a wręcz dodając jeszcze za każdym razem moje psychologiczne przekonanie, że wszystko jest właściwe i najlepsze z tego, czego mogę spróbować, poddałem się doświadczeniu chemioterapii, chirurgii i radioterapii.
Nigdy wcześniej w takim stopniu nie czułem, że zbudowany jestem z materii; nigdy nie musiałam z tak bliska obserwować własnego ciała, a przede wszystkim nauczyć się zachować nad nim kontrolę, pozostać jego panem, nie pozwolić zdominować się przez jego żądania, bóle, kołatania i ataki torsji.
Zdałem sobie sprawę, że dopóki pracowałem dla tygodnika, mój rytm biologiczny i stan ducha uzależnione były od terminu – i związanego z tym często niepokoju – napisania kolejnego artykułu: wielka radość sobót i niedziel, kiedy świat mógł się walić, ale gazeta była już gotowa i nie miałem nic do dodania; poniedziałkowa obojętność, kiedy planowano następny numer; napięcie we wtorki i w środy, kiedy musiałem myśleć nad nowym tematem i zaczynałem robić notatki; post i koncentracja w czwartki, dzień składania artykułu; w piątki czujna ulga na wypadek konieczności wprowadzenia poprawek; i potem wszystko od nowa, tydzień po tygodniu, z wojennego frontu, ze stolicy, w której miał miejsce zamach stanu, z podróży przez kolejny kraj w poszukiwaniu jego duszy albo zagubionego wątku jakiejś historii. Teraz wszystkie dni tygodnia były jednakowe, bez wzlotów i upadków; po prostu, cudownie płaskie. I nikt niczego ode mnie nie chciał.
Tak jak każda pora roku rodzi swoje owoce, tak samo mój etap dziennikarski wydał swoje. Coraz częściej zdarzały mi się sytuacje, w jakich już się kiedyś znalazłem, problemy, z jakimi już wcześniej miałem do czynienia. A co gorsza, pisząc, słyszałem echo historii i słów zapisanych już przed dwudziestoma laty. Poza tym fakty, za którymi podążałem kiedyś z pasją psa myśliwskiego, już mnie tak nie zajmowały. Z biegiem lat zaczynałem rozumieć, że nie stanowią one nigdy całej prawdy i że poza nimi kryje się coś jeszcze – jakiś inny poziom rzeczywistości – coś, czego nie potrafiłem uchwycić, wiedziałem jednak, iż nie leży to w obszarze zainteresowań dziennikarstwa, szczególnie współczesnego. Gdybym kontynuował karierę w tym zawodzie, co najwyżej mógłbym spróbować pozostać taki, jaki już byłem. Rak stworzył dobrą okazję, żeby się nie powtarzać.
Ale nie tylko to. Stopniowo zauważałem, że rak stał się też rodzajem tarczy, za którą mogłem się schronić, obroną przeciwko temu wszystkiemu, co wcześniej mnie atakowało, czymś na kształt bastionu, w którym mogłem się ukryć przed banałem codzienności, obowiązkami życia towarzyskiego, koniecznością prowadzenia rozmów. Dał mi prawo, żebym nie czuł się już do niczego zobowiązany i nie miał żadnego poczucia winy. Wreszcie byłem wolny. Całkowicie. Może się to wydać dziwne – i czasami sam też tak to odbierałem – ale byłem szczęśliwy.
„Czy to możliwe, że trzeba zapaść na raka, by się cieszyć życiem?” – napisał mój stary angielski przyjaciel. Dowiedział się, że zniknąłem, więc przysłał mi maila z pytaniem o nowiny. Odpowiedziałem, że ta „nowina” jest moją sensacją dziennikarską i że przeżywam jeśli nie najpiękniejszy, to na pewno najbardziej interesujący okres w życiu. Podróżowanie było dla mnie zawsze sposobem życia i teraz potraktowałem chorobę jako kolejną podróż: niedobrowolną, nieprzewidzianą, bez map, do której w żaden sposób się nie przygotowałem, ale która ze wszystkich dotychczasowych wymagała największego zaangażowania i dostarczała najbardziej intensywnych przeżyć. Wszystko, co się wydarzało, dotyczyło mnie bezpośrednio. Napisałem mu, aby się cieszył, że nie ma raka, ale gdyby chciał przeprowadzić ciekawe doświadczenie, niech przez jeden dzień sobie wyobrazi, że jest inaczej, i zastanowi się nad tym, jak nie tylko życie, ale wszystkie osoby i rzeczy wokół nas jawią wówczas w zupełnie innym świetle. Być może tym właściwym.

Międzynarodowe wydania:

Wydania włoskie

Rok wydania – wydawnictwo – miasto – ilość stron – ISBN:

1) 2004 – Longanesi  (seria Il Cammeo) – 588
2) 2008 – TEA (seria I grandi) – 578

 

Wydanie angielskie

One More Ride on the Merry-Go-Round

Wydawnictwo: HarperCollinsPublishers India
Tłumaczenie: Felix Bolling
Rok wydania: 2016
Stron 608

terzani_onemoreround_cover1

terzani_onemoreround_cover2

 

Wydanie niemieckie

Noch eine Runde auf dem Karussell. Vom Leben und Sterben

Wydawnictwo: Hoffmann und Campe
Tłumaczenie: Bruno Genzler
Rok wydania: 2005
Stron 732

 

Wydanie tureckie

Atlıkarıncada Bir Tur Daha

altro_tr

Wydawnictwo: Merkez Kitapçılık
Tłumaczenie: Eren Yücesan Cendey
Rok wydania: 2005
Stron 654

 

Wydanie słoweńskie

Še en krog na vrtiljaku

altro_sl

Wydawnictwo: Eno
Tłumaczenie: VERA ČERTALIČ
Rok wydania: 2008
680 str., ISBN 978-961-6359-35-1
Okładka twarda, cena det.: 39 euro
Fragment w pdf do pobrania

Opis wydawnictwa:
Knjiga o Ameriki in Indiji, knjiga o klasični in alternativni medicini, o iskanju lastne identitete, o človeških odnosih, o iskanju notranjega miru in lepotah sveta.

Wydanie rosyjskie

Еще один круг на карусели

altro_ru2

Год выпуска: 2009
Автор: Тициано Терцани
Язык: Русский (перевод с итальянского)
Жанр: Автобиографическая проза
Издательство: СЛОВО/SLOVO
ISBN: 978-5-387-00105-5
Формат: 140 х 215 мм
Объем: 512
Opis wydawnictwa:
Удивительный человек, писатель, философ, журналист, путешественник Тециано Терцани родился во Флоренции в 1938. Став юристом, он быстро и без труда получил работу в фирме «Оливетти» (крупнейший производитель офисной техники в Италии); в 1965-ом году Терцани отправили в командировку в Японию – эта поездка стала первым знакомством с Азией и перевернула жизнь молодого человека. Он предложил свое сотрудничество итальянским ежедневным газетам «Коррьере делла Сера», «Ла Република» и немецкому журналу «Шпигель»; молниеносно обрел популярность, стал одним из самых известных и авторитетных журналистов международного уровня. Терцани жил в Пекине, Токио, Сингапуре, Гонконге, Бангкоке и Нью-Дели – районе, который стал его вторым домом.

 

Biblio-Globus_N-10-11_okt-noyb-2009

Wydanie katalońskie

Un altre tomb, si us plau!

altro_catala

Wydawnictwo Pagès Editors. Lleida 2009.
ISBN 978-84-9779-778-8
Stron 670.
Opis wydawnictwa:
Aquest és el viatge apassionant d’un home per totes les medicines del planeta a la recerca de la seva curació. Tiziano Terzani va d’Itàlia als Estats Units, de la Xina a l’Índia, del Japó al Tibet, de Filipines a l’Himàlaia. Però sobretot és un viatge a l’interior d’una persona lúcida que sap que li queden pocs mesos de vida. Sigui quina sigui la malaltia que abat un malalt, el món li acaba caient irremeiablement al damunt. Si la malaltia és el càncer, el lligam amb „la pena de mort signada” sovint és immediat. Però també en el moment del diagnòstic comença sovint la lluita per evitar la sentència. Una mà narradora esplèndida ens durà a la recerca de la poció miraculosa fins al darrer llindar de l’última casa de l’altre extrem del món, amb una intextingible llum d’esperança. Esforç, fe i constància il·luminen un recorregut ple d’anècdotes culturals que sovint ens resulten llunyanes, si no insòlites: com si durant tota la vida hagués estat fent tombs a dalt dels cavallets. Des de la primera volta, l’autor reconeix que li havia tocat el cavall blanc i que s’havia fet un tip de girar, de pujar i de baixar tantes vegades com havia volgut, sense que mai ningú no li anés a preguntar si tenia bitllet. No. I és que, de bitllet, no en tenia pas. S’havia passat la vida viatjant de franc! Doncs bé, ara passava el senyor que controlava els bitllets: ell havia de pagar i, si li sortia bé, potser encara aconseguiria fer… un tomb més als cavallets.
500.000 exemplars venuts a Itàlia.

 

Napisali o książce:

„Mille suggestioni e avventure abitano lo splendido libro di Tiziano Terzani.” Giuliano Zincone, Corriere della Sera.

„E’ un libro che dice la verità. Ancora una volta.” Sandra Petrignani, L’Unità.

„Una Bibbia laica” Igor Man, La Stampa.

„Un racconto caldo e saggio… per il tanto che mi ha fatto pensare e per il bene che mi ha trasmesso, gli dico grazie.” Gad Lerner, Vanity Fair

 

Fragment książki ukazał się w Corriere della Sera 29 lipca 2004 roku