Journalism

TIZIANO TERZANI O DZIENNIKARSTWIE

[POLISH] Przez całe życie miałem zawsze problem z „my”, z tą naturalną próbą, jaką człowiek ma zwyczaj podejmować, żeby się poczuć częścią społeczności. Owo ‚my” zawsze sprawiało mi kłopot. Spośród najbardziej dokuczliwych momentów z pięciu lat, które – z głodu – przepracowałem w firmie Olivetti, pamiętam te, kiedy ktoś, szef albo kolega, idąc obok mnie korytarzem, kładł mi rękę na ramieniu i mówił:
– My z Olivetti..
Ani trochę się nie czułem częścią owego „my”. Przez trzydzieści lat byłem bardzo szczęśliwy, że jestem dziennikarzem, ale nigdy nie zdołałem utożsamić się z tym, jakże często używanym, określeniem: „my, dziennikarze”.

Terzani, T. (2008). Nic nie zdarza się przypadkiem (Un altro giro di giostra). Warszawa: Świat Książki, tłum. Anna Osmólska-Mętrak, s. 344.

[POLISH] Jak wiele innych zawodów, także dziennikarstwo jest dziś zdominowane przez elektronikę. Kluczową rolę odgrywają komputery, modemy, faksy. Bezpośrednio przesyłane przez satelitę obrazy telewizyjne wyznaczyły nowy standard; w dziennikarstwie prasowym coraz mniej chodzi o refleksję i osobisty namysł, a bardziej o dorównanie doraźności (i powierzchowności) telewizji.
W dniu masakry na placu Tiananmen CNN nadawała transmisję na żywo z centrum Pekinu i wielu moich kolegów wolało oglądać telewizję w hotelu, niż zobaczyć na własne oczy, co dzieje się kilkaset metrów od nich. W ten sposób lepiej można było śledzić wydarzenia na bieżąco. Co więcej te same obrazy widzieli oddaleni o tysiące kilometrów redaktorzy wydań i one stały się prawdą – jedyną prawdą. Po co szukać innej?

Terzani, T. (2008). Powiedział mi wróżbita (Un indovino mi disse). Poznań: Zysk i S-ka. Tłum. Jerzy Łoziński, s. 12-13.

[POLISH] Jest pewien aspekt zawodu reportera, który niezmiennie mnie fascynuje, a zarazem niepokoi: fakty niezarejestrowane nie istnieją. Ileż na świecie wydarza się masakr, trzęsień ziemi, ile tonie statków, wybucha wulkanów, jak wielu ludzi jest prześladowanych, torturowanych, zabijanych. Jeśli jednak nie znajdzie się ktoś, kto to zobaczy, opisze, sfotografuje, to wydarzenia te jakby się zupełnie nie odbyły, cierpienie jakby nie miało znaczenia, miejsca w historii, ta bowiem istnieje tylko wtedy, kiedy ktoś ją opowiada. To smutne, ale takie jest życie. Niewykluczone, że właśnie to przekonanie, iż nawet drobny opis zaobserwowanej rzeczy może stać się zasiewem w glebie pamięci, sprawia, że trzymam się mego zawodu.

Terzani, T. (2008). Powiedział mi wróżbita (Un indovino mi disse). Poznań: Zysk i S-ka. Tłum. Jerzy Łoziński, s. 57.

[POLISH] Współczesny człowiek coraz mniej myśli o tym świecie. Nie ma na to czasu, a często i okazji. Życie, szczególnie w miastach, nie pozwala nam już myśleć globalnie, ponieważ wciąż uganiamy się za jakimiś szczegółami, drobiazgami, przez co gubimy sens całości. Zorientowałem się w końcu, że dotyczy to też mojego zawodu. Miałem opowiadać o wojnach, ale nie zastanawiać się, dlaczego – przy całym postępie, którym człowiek się chlubi – wciąż stanowią tak ważną część jego egzystencji. Dlaczego w miarę rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego kraje coraz więcej inwestują w badanie nowych, doskonalszych i bardziej śmiercionośnych broni?
Poza tym jeszcze jakiś czas temu mówienie o wojnie mogło czemuś służyć. Ludzie się buntowali; masakra potrafiła jeszcze kimś wstrząsnąć. Dzisiaj nawet to mówienie na nic się nie zda. Codziennie pojawiają się nowe historie o masakrach, krzywdach, torturach, ale ledwie zwraca się na to uwagę. To nas przerasta. Myślimy, że nie da się nic zrobić, i w ten sposób stajemy się coraz bardziej wspólnikami najprostszej ze zbrodni: obojętności.
Nikt nie udziela już liczących się odpowiedzi, ponieważ nikt nie zadaje właściwych pytań. A już najmniej nauka, która na Zachodzie podporządkowana została wielkim interesom ekonomicznym i postawiona na ołtarzu w miejsce religii. W ten sposób sama stała się „opium dla mas”, z tym swoim fałszywym przekonaniem, że prędzej czy później zdoła rozwiązać wszystkie problemy.

Terzani, T. (2008). Nic nie zdarza się przypadkiem (Un altro giro di giostra). Warszawa: Świat Książki, tłum. Anna Osmólska-Mętrak, s. 434.

[POLISH] W niezwykłym zawodzie dziennikarza, który poza wszystkim jest stylem życia (…)
Jeśli bowiem jest prawdą, że we wczorajszą gazetę dziś zawija się rybę, to prawdą jest także, że od dziennikarstwa zaczyna się historia .Zawsze czułem tę odpowiedzialność. Stąd wyczulenie na szczegóły, dokładanie starań, aby precyzyjnie przeczytać fakty, liczby, nazwiska. Jeżeli detale pojedynczego zdarzenia, jakiego było się świadkiem, nie są wiernie oddane, to co z wiernością całej mozaiki historii, którą potem ktoś będzie rekonstruował na podstawie tych okruchów?
Nie twierdzę bynajmniej, że na następnych stronach nie ma błędów; mówię jedynie, że starałem się ich unikać i że nigdy nie wymyśliłem niczego po to, aby wypełnić lukę albo upiększyć opowieść.
(…)
Korzyść z bycia dziennikarzem w porównaniu, na przykład, z byciem dyplomatą – polega na wolności. Nie tylko na wolności wyrażania własnych poglądów, ale także na swobodzie zmiany pracodawcy, jeśli nie pozwala nam on robić tego, co byśmy chcieli. Ambasador przenoszony z jednej stolicy do drugiej nie może powiedzieć: „Zostanę tutaj i będę reprezentował inne państwo”. Dziennikarz natomiast może przejść do innego tytułu, aby zostać lub pojechać tam, gdzie mu się podoba. Ja miałem szczęście – nigdy nie musiałem zmieniać odbiorcy moich tekstów, aby mieszkać tam, gdzie mnie ciągnęło: w Singapurze od 1971 do 1975 roku, w Hongkongu od 1975 do 1979 roku, w Chinach od 1979 do 1984 roku, potem znów przez rok w Hongkongu, w Japonii do 1990 roku, w Tajlandii do 1994 roku, a od tamtego czasu w Indiach.
(…)
Mówią, że wraz z rozwojem narzędzi elektronicznych dziennikarstwo się zmienia, że pogoń za sensacją wypaczyła etykę zawodową i że wkrótce znikną tacy jak ja – krążący jeszcze po świecie i ścigający jakieś małe prawdy. Trudno się nie zgodzić, chociaż to bardzo przykre . A jednak mam pewność, że mimo hipermaterializmu i amoralności obecnych dzisiaj w każdej dziedzinie, wartości ducha nie przeminęły i także ten zawód, jak inne, na przekór wszystkim komputerom wnoszącym chłód do naszego świata, może nadal być wykonywany z uczuciem i namiętnością, może nadal być postrzegany jako misja, służba publiczna, sposób na życie. A im więcej telewizja będzie przesyłać do naszych domów skrótów wydarzeń – podanych błyskawicznie, ale powierzchownie – tym bardziej będą potrzebni ci, którzy jadą na miejsce, aby zobaczyć, powęszyć, przejąć się jakąś historią daleką albo bliską, a potem ją opowiedzieć tym, co jeszcze chcą słuchać. Mam pewność, że tak właśnie jest. A jeśli nie – bo nie jestem nieomylny – oto kopalne ślady przedstawiciela ginącego gatunku.

Terzani, T. (2009). W Azji (In Asia). Warszawa: W.A.B., tłum. Joanna Wajs

[ENGLISH] I cannot have written the whole truth, for even if there were such a thing I would certainly not have seen it in its entirety. But I have done my utmost to see that everything I have written is correct, since I am convinced that even if there is no single truth, there is certainly falsehood.
Every incident, every sentence, every name I have reported has been checked to the greatest extent possible in a situation that was both difficult in itself and often chaotic. There was no reason to invent, or have recourse to the imagination for even a single detail: in a story like this one, nothing is more fantastic than the reality.
I work for a magazine, Der Spiegel, that allowed me to stay in Vietnam as long as possible and which has always left me free to write as I pleased. For this, Thieu’s men had called me „a Communist”; the Vietcong, after knowing me a few months, „a bourgeois receptive to change.”
I make no claim to be objective. I myself have my prejudices, principles, sympathies, and emotions, which certainly have influenced the choice of the very things I saw and recorded. Here they are.

Terzani, T. (1976). Giai Phong! The Fall and Liberation of Saigon. New York: St. Martin’s Press. Translated by John Shepley. S. 17

[ENGLISH] So it was that at the beginning of August, from Bangkok where I now live, I set off for the North. I carried the very little baggage with which I have found I can function anywhere: a rucksack with my’office’ – a computer, a printer, my old Leica M2 (bought in Saigon in April 1975 from a thief who had just stolen it from a fleeing American) and a small sports bag with a change of clothes and my running shoes for the four or five kilometres I do every day to keep fit – for a journalist, however electronified, the ability to jump and run away can still be a matter of vital importance.

Terzani, T. (1994). Goodnight, Mister Lenin. Picador. (tłum. Joan Krakover Hall, s. 2)

[DEUTSCH] Ein wesentlicher Aspekt meiner Arbeit bestand darin zu lesen, besonders über geschichtenliche Themen. Sieh dir meine Bibliothek an, da stehen Unmengen von Büchern über Indochina und die Geschichte der Kolonialisierung, die waren sozusagen mein Kompass. Entweder ich nahm die Bücher auf meine Reisen mit oder ich kam zwischendurch nach Hause und las.
Wer die Fakten von heute nicht in einen größeren Zusammenhang stellt, begreift nichts. Verstehst du die Geschichte nicht, verstehst du auch das Heute nicht. Beschränkst du dich auf die aktuellen nachrichten, dann erzählst du Märchen, denn dann berichtest du, was du unterm Mikroskop siehst, obwohl du eigentlich ein Fernglas bräuchtest. Deswegen halte ich auch nichts von Journalistenschulen. Da lernt man nämlich das Gegenteil von dem, worum es geht, da lernt man die Technik : Wie man einen Artikel anfängt, wie ein guter Schluss aussieht und wie man seine Sachen am schnellsten abschickt. Was man aber wirklich braucht, ist vor allem ein vielseitiges Grundwissen, besonders in Geschichte und Ökonomie, und so etwas kann man sich nur selbst erarbeiten, auf einer Journalistenschule lernt man das jedenfalls nicht. Solche Schulen sind ebenso absurd wie Dichterschulen. Gibt es da etwas zu lernen? Kann einem jemand beibringen, Dichter zu werden?

Terzani, „Das Ende ist mein Anfang” (La fine e il mio inizio), DVA, 2008, tłum. Christiane Rhein, s. 108

[DEUTSCH] Ich schreibe nur noch Bücher. Ich bin kein Journalist mehr. Dreißig Jahre lang diese SPIEGEL-Texte, hundertzwanzig Zeilen so in dem Stil: „Im Morgengrauen startete der schwarze Mercedes …” oder „Er wusste nicht, dass er im Sterben lag ….”- Sie wissen selbst, wie so etwas geht. Das ist zu Ende. Ich finde, das war ein Käfig. Briefe, sehr spontane, sind heute die einzige mir gemäße Art weiterzuschreiben. Mit einem anderen Projekt bin ich schwanger, schon seit ein paar Jahren, aber das Kind ist noch nicht herausgekommen. Ich will darüber nicht sprechen, aber es handelt sich wieder um eine Reise. Ich bin nämlich kein Intellektueller (ich habe einmal versucht, Rechtsanwalt zu werden – das war furchtbar, die Sprache zu benutzen, um andere Leute zu betrügen); Intellektuelle sind diejenigen, die die Sprache benützen, um etwas Einfaches zu komplizieren; Journalisten machen mit der Sprache etwas Kompliziertes einfacher.
Es handelt sich also um eine Reise. Ich bin ein Reisender.

Terzani w wywiadzie dla Die Gazette, 5. Oktober 2002, po ukazaniu się niemieckiej wersji „Listów przeciwko wojnie” – „Briefe gegen den Krieg”

[ENGLISH] We have precious little to decide, and not actually being in the river ourselves, can enjoy the privilege of standing on the bank and watching the current flow. But with privilege comes responsiblility, and one responsibility we bear is the far from easy task of getting behind the truth to try to „construct fields of coexistence rather than fields of battle”, as Edward Said, a Palestinian professor now at Columbia University, wrote in an essay on the role of the intellectual which appeared just a week before the massacres in America. Part of our trade involves simplifying what is complicated. But we can’t exaggerate by presenting Arafat as the quintessence of duplicity and terrorism and accusing our Muslim immigrant communities of being incubators of terrorists. From now on your arguments are going to be used in schools to counteract the kind of position which makes a virtue out of goodness, as exemplified by Edmondo De Amicis’s Cuore. But do you really believe the Italians of tomorrow will be any the better for being nurtured on this kind of intolerant over-simplification?

Terzani, T. (2002). Letters Against the War (Lettere contro la guerra). New Delhi: India Research Press.

[ENGLISH] This war has been followed by hundreds of journalists. More pages of print and more hours of television have been dedicated to it than to any war previously, yet with great determination the United States has managed to keep it invisible, and never will reveal the full truth behind it.

Terzani, T. (2002). Letters Against the War (Lettere contro la guerra). Letter from Kabul, 19 December 2001. New Delhi: India Research Press.

[ENGLISH] People only open up and begin to say what they really think once you get to know them a bit.

Terzani, T. (2002). Letters Against the War (Lettere contro la guerra). Letter from Delhi, 5 January 2002. New Delhi: India Research Press.

[ENGLISH] I thought it might help to tell this story again and recount my impressions of that visit, to try and imagine how the world looks from the point of view of a terrorist. But writing it proved hard going.
14 September was my sixty-third birthday. On that same day my lovely working relationship with Der Spiegel came formally to an end. I had served on their staff for exactly thirty years, but in 1997 I asked to go into a kind of hibernation. They agreed.
I said everything I had to say on the subject of journalism in my book In Asia * (*Longanesi, Milano, 1998), which brought together all the long or short stories to which I had been witness. Thereafter I pretty much retired from the world. I now spend a great deal of time in the Himalayas, and greatly enjoy having only natural deadlines: dusk is the time to turn in, dawn the time to get up. I live two hours by car from the nearest village, plus an hour on foot through a forest of giant rhododendrons. There is no telephone or electricity, and the only distractions are welcome ones: animals, birds, the wind and the mountains. I have lost the habit of reading newspapers, and I can happily do without them even when I come to Europe. They just repeat the same old stories, and it feels as though I’d read them years ago when they were written better.
(…)
I like writing letters, I’ve always thought that if I’d been born rich three hundred years ago in Florence, where instead I was born poor, I’d have liked to do nothing but travel the world writing letters. Journalism has enabled me to do something similar, but always with limitations of space, deadlines to worry about and a particular style to adhere to. Now at last I’m free to just write letters.

Terzani, T. (2002). Letters Against the War (Lettere contro la guerra). 10 September 2001: The wasted day. New Delhi: India Research Press.

[DEUTSCH] FOLCO TERZANI: Papa? Worin hat dein Beruf also bestanden?
TIZIANO TERZANI: Das ist doch sonnenklar. Ein guter Freund von mir, Salomon Bouman, den ich zu meiner Olivetti-Zeit in Den Haag kennen gelernt habe, ein Jude, der dann als Journalist nach Israel ging, hat das mit einem Satz formuliert, der mich mein Leben lang begleitet hat: „Auf der Suche nach der Wahrheit durch die Welt zu reisen – das ist Journalismus.“
Das habe ich mit großer Überzeugung getan, und auch mit großer Begeisterung. Ich habe die Wahrheit gesucht: in der Geschichte, in der Exaktheit der Fakten. „Wie viele Tote dort?“ – „Um wie viel Uhr?“ – „Wer hat als Erster geschossen?“
Manchmal war das mühsam. Manchmal lagen ihre Lügen auf der Hand, dann bohrtest du auf der Suche nach der Exaktheit der Fakten immer weiter nach, als wäre das das Wichtigste von der Welt.
Später habe ich begriffen, dass Lügen zwar schrecklich sind und nichts bringen, aber dass die Exaktheit der Fakten genauso unnütz ist, denn die Wahrheit, nach der ich suchte, liegt nicht in den Fakten, sondern dahinter. Oder sogar noch hinter dem Dahinter.
Und da habe ich einen ganz anderen Weg eingeschlagen.

Terzani, „Das Ende ist mein Anfang” (La fine e il mio inizio), DVA, 2008, tłum. Christiane Rhein, s. 122-123.

[POLISH] Mam wrażenie, że im więcej dostajemy informacji, tym większymi jesteśmy ignorantami. Jedną z najdziwniejszych książek, jakie ostatnio przeczytałem, była Droga ku przyszłości Billa Gatesa. Wciąż przypominały mi się piękne zdania T.S. Eliota: Where is the life we have lost in living? Where is the wisdom we have lost in knowledge? Where is the knowledge we have lost in information? – „Gdzie jest życie, które utraciliśmy żyjąc? Gdzie jest mądrość, którą utraciliśmy w wiedzy? Gdzie jest wiedza, którą utraciliśmy w wiadomościach?” Internet jest jak narkotyk.

Terzani, T. (2009). W Azji (Warszawa, str. 450-451)