Edukacja

Tiziano Terzani on school and education

 

[POLISH] Dzisiaj wszyscy potrzebujemy wyobraźni, aby na nowo przemyśleć nasze życie, wyjść ze schematów i nie powtarzać tego , co jest błędne.
Dlaczego wciąż szukać rozwiązań społecznych i politycznych w formułach, które okazały się fatalne? Dlaczego szkoły mają być takie, jakie są? Dlaczego chorzy mają być leczeni wyłącznie w miejscach zwanych szpitalami? Dlaczego problem osób w podeszłym wieku ma być rozwiązywany poprzez domy starców? Już sam fakt, że kwestia ludzi starszych postrzegana jest jako „problem”, stanowi prawdziwy problem.

Tiziano Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem (Warszawa 2009, str. 311, tytuł oryginału: Un altro giro di giostra)

[POLISH] Żyjemy tak, jakby to był jedyny z możliwych światów, obiecujący zawsze jakieś szczęście. Zbliżymy się do niego poprzez postęp oparty głównie na lepszym wykształceniu (jakim?!), większym dobrobycie i – oczywiście – na nauce. Koniec końców wszystko zdaje się sprowadzać do problemu organizacji i skuteczności. Cóż za iluzja! Właśnie w ten sposób podcięliśmy skrzydła wyobraźni, założyliśmy knebel na serce, sprowadziliśmy wszystko wyłącznie do świata zmysłów, odmawiając sobie tym samym drugiej połowy.

Tiziano Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem (Warszawa 2009, str. 435)

[POLISH] Ja odczuwam niepokój, patrząc na nowe pokolenia, które dorastają, ucząc się coraz bardziej programować, a coraz mniej myśleć. Nie można liczyć na ludzi, którzy sądzą, że mogą rozwiązać wszystkie problemy za pomocą oprogramowania. Młodzi ludzie powinni studiować filozofię…
(…)
Jeśli w społeczeństwie jutra człowiek będzie tylko zwierzęciem ekonomicznym, w takim razie jesteśmy u schyłku naszej cywilizacji!

Tiziano Terzani, W Azji (Warszawa 2009, str. 453)

CHINY

W książce Zakazane wrota cały rozdział jest poświęcony chińskiej szkole lat 80. (rozdział 13. – Dyscyplina na „polu wonnej trawy”. Moje dzieci piszą o swojej chińskiej szkole), tekst dostępny po włosku – Disciplina nel „campo dell’erba profumata”.

W książce Koniec jest moim początkiem Tiziano, Folco i Saskia dzielą się również swoimi spostrzeżeniami w rozdziale Chińska szkoła:

Tiziano: Dopiero kiedy mieliście iść na uniwersytet, okazało się, że przydałoby się trochę formalnej edukacji. Kiedy jednak byliśmy w Chinach, uważałem, że dziesięciodniowa wycieczka rowerowa po kraju jest ciekawsza niż lekcje matematyki. Matematyki mogliście uczyć się potem, kiedy padało.

Folco: W Ameryce byłem raz w domu pewnego fizyka, który dostał Nagrodę Nobla. Zapytałem go: „Jak to zrobiłeś, że jesteś o tyle lepszy od innych? Co robiłeś na studiach, uczyłeś się więcej niż koledzy?” Odpowiedział mi: „Nie, kiedy inni się uczyli, ja w każdy weekend jeździłem wspinać się w górach albo badać dno morza. Tak nauczyłem się rzeczy, które sprawiły, że jestem inny” (fragment, str. 254).

JAPONIA

O japońskim systemie edukacji Terzani pisał na początku lat 90. Pisał: „Wpadłem na pomysł tego artykułu, kiedy przyjaciel podarował mi bonsai, karłowate drzewko, i powiedział: – W Japonii robią to samo z ludźmi. Formując ich i przycinając, sprawiają, że wszyscy rosną zgodnie z oczekiwaniami.”

Teksty ukazały się w książce W Azji w rozdziałach:

Szkoła: małe tresowane foki (Tokio, luty 1990; str. 302-307), tekst dostępny po włosku – La scuola: piccole foche ammaestrate, fragmenty:

Każdego roku ze zautomatyzowanych linii montażowych systemu szkolnictwa schodzi dwadzieścia osiem milionów chłopców i dziewcząt. Jak wszystkie produkty japońskie, ci młodzi ludzie są najwyższej jakości i można mieć do nich zaufanie. Jednocześnie jednak są wystandaryzowani, bez indywidualności, jak wszystkie przedmioty wytwarzane seryjnie.
(…)
Wśród uczestników dopuszczanych do warszawskiego Konkursu Chopinowskiego przynajmniej jedna czwarta to zawsze Japończycy. Niemal żaden nie dociera jednak do finału.
– Nie można ich odróżnić – wytłumaczył mi niedawno jeden z jurorów. – Wszyscy grają tak samo.
(…)
– Jeśli nie zaprzestaniemy jak najszybciej tej masowej produkcji robotów drugiej kategorii, Japonia nie będzie miała czego szukać w następnym stuleciu – mówi mi Naohiro Amaya, były zastępca szefa Ministerstwa Handlu Zagranicznego i Przemysłu, a dzisiaj jeden z dyrektorów kolosa reklamowego Dentsu. – Coraz bardziej potrzebujemy młodzieży kreatywnej, z wyobraźnią, ale szkoły nadal nam dają coś dokładnie przeciwnego.
(…)
W Japonii konformizm jest uważany za wielką cnotę. Jednostkę bardzo wcześnie poddaje się naciskom, żeby się podporządkowała, żeby nie zakłócała „społecznej harmonii” indywidualistycznymi zachowaniami.
(…)
W szkole dziecko nie jest przyzwyczajane do samodzielnego myślenia. Ma po prostu mówić właściwą rzecz we właściwym momencie. Na każde pytanie istnieje tylko jedna odpowiedź, wyuczana na pamięć. „Co się dzieje, kiedy śnieg się rozpuszcza?”, pyta nauczycielka, a klasa odpowiada chórem: „Zmienia się w wodę!” Jeśli komuś zdarzy się powiedzieć: „Przychodzi wiosna!”, jest karcony. Tym popisem wyobraźni ustawia się poza grupą, co jest źle widziane. „Wystający gwóźdź trafia pod młotek”, mówi stare japońskie przysłowie. Ta zasada nie straciła na aktualności. Kto wychodzi przed szereg, kto myśli po swojemu, kto sądzi, że sam da sobie radę, jest „niepożądany”. (…)
Sama treść nauczania nie pozostawia jednostce żadnego wyboru. Minister Edukacji Narodowej decyduje o programie. Podręczniki podlegają bardzo surowej cenzurze, a uczeń japoński, czytający do woli sadomasochistyczne komiksy zalewające rynek, nie znajdzie w szkole ani jednej książki, która przedstawiałaby obiektywny obraz drugiej wojny światowej, ani jednej, która używałaby określenia „inwazja” w stosunku do natarcia japońskiego na Chiny i azjatycki południowy wschód, ani jednej, która mówiłaby o okrucieństwach popełnionych przez armię cesarską w tych krajach. Całe pokolenia są tak wychowywane, toteż nie mają pojęcia o najnowszej historii kraju ani o stosunkach tego kraju z resztą Azji, przez którą Japonia nadal jest traktowana z dużą podejrzliwością.
– Dopóki obywatele nie będą nalegać na swoje prawo do informacji, Japonia nie stanie się krajem naprawdę demokratycznym – mówi profesor Teruhisa Horio, dziekan Wydziału Pedagogiki na Uniwersytecie Tokijskim i jeden z najsurowszych krytyków japońskiego systemu szkolnictwa. – Na razie to państwo decyduje, co mają myśleć ludzie.
A państwo wydaje się posiadać bardzo jasny pogląd na to, jacy powinni być jego obywatele i „modelowy Japończyk” produkowany przez szkołę. „Model” został opisany z wielką drobiazgowością w pięćdziesięcioczterostronicowej książeczce z żółtą okładką. Leży ona dzisiaj w szufladzie każdego dyrektora i nosi tytuł „Obraz idealnego Japończyka”. Opublikowana przez Ministerstwo Edukacji w 1964 roku, definiuje funkcje i cele systemu szkolnictwa. „Aby państwo i społeczeństwo osiągnęły dobrobyt, Japonia potrzebuje nowego typu człowieka”, czytamy. „Człowieka, który miałby świadomość swojej japońskiej wyjątkowości, człowieka, który znajdowałby satysfakcję w całkowitym oddaniu swojej pracy”.
Pomysł był rewelacyjny. W tamtych latach Japonią, nadal biedną, wstrząsały gwałtowne konflikty społeczne. (…) Chodziło o to, aby ludzie zapomnieli o polityce, o to, aby każdemu podstawić pod nos marchewkę dobrobytu. Należało zapełnić fabryki, place budowy, biura – zapełnić Japończykami, którzy byliby jednocześnie dobrze wykształceni, lojalni i posłuszni. Szkole powierzono doniosłe zadanie wyprodukowania obywateli, których profesor Horio nazywa „niewolnikami przedsiębiorstwa”.
Zadanie to nigdy nie zostało przedefiniowane. „Obraz idealnego Japończyka”, który doczekał się dwudziestego wydania, nadal jest biblią tutejszych wychowawców.

Wierni słudzy państwa i przedsiębiorstwa (Tokio, luty 1990; str. 308-313), włoski tytuł – Servi fedeli dello Stato e dell’industria, fragmenty:

Aby otrzymać stanowisko pierwszej rangi, na przykład w Ministerstwie Finansów albo w jednym z sześciu wielkich koncernów, trzeba skończyć uniwersytet pierwszej rangi, ale żeby pójść na taki uniwersytet, trzeba skończyć liceum pierwszej rangi, żeby pójść do liceum pierwszej rangi, trzeba… i tak dalej, aż do przedszkola. Jako że przedszkoli pierwszej rangi jest oczywiście mało, „wybrańców” czeka egzamin wstępny. Aby przygotować się do tego trudnego pierwszego spotkania z przeznaczeniem, tysiące małych Japończyków, w swoich pięknych mundurkach, drepczą do nauczycieli, kiedy mają zaledwie trzy lata.
– Decydująca batalia w naszym życiu rozgrywa się, gdy jesteśmy dziećmi – mówi Miho Kometani, dziennikarka telewizyjna. – Kto ją przegrywa, ryzykuje swoją przyszłość.
(…)
Celem chodzenia do szkoły jest nie tyle otrzymanie edukacji, ile zdanie egzaminów, toteż przez ostatnie trzydzieści lat obok państwowego systemu szkolnictwa rozwinął się równoległy, który odpłatnie przygotowuje uczniów do egzaminów. System szkół korepetytorskich nazywa się „juku” i stanowi dzisiaj jedną z najbardziej popularnych i dochodowych inicjatyw prywatnych w kraju.
(…)
Gdy się na nich patrzy – wracających z lekcji, zmęczonych, zawsze z dwiema teczkami, jedną do szkoły, drugą na korepetycje, gdy się widzi, jak zasypiają, kiedy tylko usiądą w metrze – ma się wrażenie, że uczniowie japońscy są synonimem braku szczęścia. Dla wielu dzień zaczyna się o szóstej rano i trwa – spędzany w szkole, na korepetycjach, w dojazdach – do dziewiątej wieczorem. Dla niektórych jest jeszcze dłuższy. Nowe „juku” reklamują swoje kursy wieczorowe. Zaczynają się one o wpół do jedenastej, kiedy inne „juku” kończą zajęcia, a trwają do pierwszej trzydzieści nad ranem.
Ci młodzi Japończycy, wciąż zapędzani do nauki, mają mało czasu na rozrywki nastolatków z innych krajów. Mają mało czasu, żeby uprawiać sport, co tłumaczy, dlaczego Japonia zdobywa tak niewiele medali na igrzyskach olimpijskich. Mają mało czasu na poznawanie przyjaciół. W gazecie „Asami”, w artykule wstępnym zatytułowanym „Pozostawmy młodym ich młodość!”, czytamy: „Wychowujemy dzieci, które fantastycznie wypadają na egzaminach, ale są słabe, egocentryczne i niedojrzałe”.
(…)
Frustracje związane z nieustającą presją szkoły nastolatki rozładowują poprzez przemoc i przestępczość. W 1988 roku w Japonii aresztowano sto osiemdziesiąt dziewięć tysięcy osób między czternastym a dziewiętnastym rokiem życia, większość pod zarzutem „ijime”. Tak określa się niesłychanie powszechne wśród Japończyków zjawisko wyszukiwania i torturowania „słabego”, „innego”.
(…)
Wielu intelektualistów niepokoi „nowy Japończyk” produkowany przez szkołę.
– Potrafimy robić świetne samochody, ale nie wychodzą nam ludzie – mówi dziewięćdziesięciodwuletnia Shizue Kato, niegdyś deputowana partii socjalistycznej i jedna z pierwszych feministek w Japonii. – Nasz system edukacji stał się niedorzeczny. Powinniśmy z nim skończyć.
To jednak niemożliwe. Młodzi nauczyciele, w tym systemie wychowani, inaczej niż ich poprzednicy, nie protestują. Jeszcze kilka lat temu związek zawodowy nauczycieli, Nikkyoso, był jednym ze środowisk przeciwnych obowiązującemu modelowi nauczania. Dzisiaj większość jego sześciuset tysięcy członków przystąpiła do nowego zrzeszenia, o wiele bardziej zachowawczego.
Na studiach Japończyk może wreszcie odetchnąć. Nikt już od niego nie oczekuje, aby zdobywał wiedzę. Dla przedsiębiorstwa i państwa, które go zatrudnią, przygotowanie uniwersyteckie nic nie znaczy.
– Absolwenci muszą być pustymi naczyniami, które napełni się kulturą firmy – mówi pewien profesor z uniwersytetu Meiji.
(…)
Masowa produkcja ludzi, którzy posłusznie dostosują się do roli wyznaczonej im w systemie społecznym i ekonomicznym Japonii, nie jest oczywiście niczym przypadkowym.
– To część naszej tradycji: uważać obywateli nie za istoty ludzkie, lecz za niewolników – twierdzi Yoshikazu Sakamoto, profesor z Uniwersytetu Meiji.
Tradycja ta ma niewiele ponad sto lat. W połowie XIX wieku edukacja była uważana za broń mogącą ocalić kraj przed kolonizacją. W 1868 roku, z ogromnym wysiłkiem, zaczęto wprowadzać na terenie całej Japonii nowoczesny system szkolnictwa w stylu zachodnim. Cel był prosty: „Stworzyć pełne cnót sługi państwa, wierne i uległe”, jak obwieścił ówczesny minister edukacji. Dzięki temu systemowi szkolnictwa Japonia zdołała dotrzymać kroku czasom i zachować niepodległość. Ale ten sam system doprowadził ją później do militaryzmu i wojny.
W 1945 roku, kiedy zwycięscy Amerykanie przybyli jako okupanci do Japonii, między innymi zreformowali oświatę – ów pas transmisyjny ideologii nacjonalistycznej i totalitarnej. Reformy prodemokratyczne nie trwały jednakże długo. W 1952 roku, gdy tylko Amerykanie wyjechali, część starej gwardii politycznej znów zagarnęła kraj, a przekonana, że „demokratyzacja”, jakiej chciał Waszyngton, osłabiłaby narodowy charakter i wywołała niepotrzebne konflikty społeczne, stopniowo przywróciła dawny porządek. W szkołach, zamiast mówić o prawach obywatelskich, znów mówiono o obowiązku „wierności” obywateli w stosunku do państwa.
– W ciągu kilku lat znów zaczęliśmy produkować sługi państwa i przedsiębiorstwa – mówi profesor Teruhisa Horio, dziekan Wydziału Pedagogiki na Uniwersytecie Tokijskim.
(…)
Japonia ma rozbuchane ambicje związane ze swoją pozycją w świecie XXI wieku – mówi profesor Horio. – A dzisiejsza potulna młodzież z pewnością nie będzie ich poddawać krytyce ani powstrzymywać.

Tiziano Terzani o ekonomii i edukacji (z angielskimi napisami) – ENGLISH SUBTITLES: